Zdarzyło Ci się kiedyś dostać złą wiadomość – odmowę, rozczarowanie, kolejny dowód na to, że „to się nigdy nie zmieni” i poczuć, jak coś w Tobie mówi: „widzisz? miałam rację”?
To jeden z najbardziej subtelnych, a jednocześnie najsilniejszych mechanizmów, który trzyma nas w miejscu. Nie chodzi o to, że wydarzenie było przyjemne czy nie. Chodzi o to, co robimy z nim chwilę później – jak bardzo szybko zamieniamy zwykłe zdarzenie w wyrok na temat tego, kim jesteśmy i co nas czeka.
Wyobraź sobie ekran kina. To, co się na nim wyświetla – obraz, scena, dialog – to tylko odtworzenie czegoś, co zostało nagrane wcześniej. Ekran sam z siebie nie tworzy filmu. On go po prostu pokazuje. Twoje życie – ciało, relacje, konto, codzienne sytuacje – działa bardzo podobnie. To, co widzisz teraz, jest odtworzeniem czegoś, co uruchomiłaś wcześniej, często dawno, często nieświadomie. Ale i to jest kluczowe – ekran nie ma władzy nad tym, co pokaże następny film.
Problem zaczyna się, gdy zaczynamy traktować to, co aktualnie się wyświetla, jako ostateczną prawdę o tym, kim jesteśmy – a nie jako coś, co po prostu na razie się odtwarza. „
Znowu jestem sama, więc pewnie jestem niekochana.”
„Znowu brakuje mi pieniędzy, więc pewnie tak już będzie.”
W tym momencie przestajemy być kimś, kto tworzy – stajemy się kimś, kto tylko odczytuje wyroki z ekranu i wierzy, że to jest cała prawda.
Znam to uczucie, kiedy coś się dzieje po raz kolejny, i pojawia się w środku ten ciężki, znajomy ton: „no tak, oczywiście”. To jest dokładnie ten moment, w którym najłatwiej dać renderowi status dowodu. I dokładnie w tym momencie jest też najwięcej mocy do odzyskania – bo to, co widzisz, nie musi decydować o tym, co wybierzesz jako następny krok.
To jest dopiero wejście do tego tematu. Głębiej czeka konkretny sposób na to, jak rozpoznawać różnicę między tym, co się dzieje, a tym, kim naprawdę jesteś i jak przestać oddawać ekranowi władzę, którą on nigdy naprawdę nie miał.
