Czy zdarzyło Ci się kiedyś powiedzieć o sobie „ja po prostu taka jestem” – mając na myśli coś, czego nie lubisz w sobie, coś, co wydaje się trwałą cechą, prawie wyrokiem?
To jedno z najgłębiej zakorzenionych przekonań, jakie nosimy – że nasze słabości, braki, trudności są częścią tego, kim naprawdę jesteśmy. Że „jestem osobą niespokojną”, „jestem kimś, kto zawsze wszystko kontroluje”, „taka po prostu jestem, nic na to nie poradzę” to fakty o naszej naturze, tak samo trwałe jak kolor oczu.
Ale co, jeśli to wcale nie jest prawda o Tobie, tylko o tym, co akurat teraz się w Tobie odtwarza?
Wyobraź sobie, że gdzieś głęboko w Tobie istnieje wersja Ciebie, która nigdy nie znała deficytu. Nie dlatego, że nigdy nie doświadczyła trudności w świecie zewnętrznym, ale dlatego, że u samego źródła – w tym najgłębszym miejscu, z którego wypływa Twoja tożsamość, nie ma nic innego niż pełnia. Zdrowie, spokój, miłość, obfitość nie jako coś, co trzeba osiągnąć, ale jako naturalny, domyślny stan.
To, co nazywasz swoją „słabą stroną”, jest wtedy tylko chwilowym odtworzeniem – częstotliwością, którą właśnie projektujesz na zewnątrz, a nie ostatecznym wyrokiem na temat tego, kim jesteś w swojej istocie. Różnica między tymi dwoma spojrzeniami jest ogromna: jedno zamyka Cię w tożsamości do naprawienia, drugie otwiera na tożsamość, która czeka na przypomnienie.
Pamiętam, jak bardzo zmieniło moje życie zrozumienie, że nie muszę „zapracować” na spokój czy obfitość, jakby były czymś odległym – wystarczyło zacząć traktować je jako to, co już jest we mnie prawdziwe, niezależnie od tego, co akurat wyświetla się na zewnątrz.
To jest jeden z najbardziej fundamentalnych tematów tej pracy, bo zmienia całkowicie punkt wyjścia. Więcej o tym, jak praktycznie wracać do tej pełni, znajdziesz głębiej.
